Dominikana – oblicza nędzy i rozpaczy

Marzec 2013

PEŁNA WERSJA NAJLEPSZEGO PRZEWODNIKA PO DOMINIKANIE ONLINE

Wczoraj zostawiłem za sobą Monte Cristi. Pojechałem do Restauracion, myśląc, że zastane tam urocze miasteczko w górach w typie Manabao bądź Jarabacoi..Niestety, zastałem tam obraz nędzy i rozpaczy..w moich oczach...i jakiegoś takiego napięcia w powietrzu ? Dziwna atmosfera...Biegające bezpanskie psy, zebrzace dzieci na ulicy i wiecznie nagabujące o cokolwiek...Niestety albo i stety było to dla mnie ostatnie miasto na południu, które odwiedziłem mając jechać z pólnocy Dominikany wzdłuż granicy z Haiti aż do Barahony...Ogarnął mnie jakiś taki niepokój i strach...Być może przyczyniła się do tego trawka ;-)), która popalalem z przerwami od tygodnia (paranoja), być może to, że w Restauracion były tylko dwa hotele... jeden lepszy, drugi gorszy. Po raz pierwszy zdarzyło mi się, aby hotel na Dominikanie był pełny... Jadę więc do tego drugiego, „gorszego”. Pokoje wielkości chyba 2m2, w których mieści się tylko łóżko...W każdym z nich słychać co dzieje się w drugim pokoju...Loguje się do hotelu około 17stej...Nie ma prądu...Pytam, kiedyż on przybędzie, łudząc się, że jest tu tak samo jak w innych miejscach na Dominikanie – prąd zwykle wybywa na nie dłużej niż 2-3 h i później jest z powrotem...Niestety, tutaj było zupełnie inaczej...Prądu nie było do późnej nocy.
W hotelu sami Haitańczycy... dziwnie się na mnie patrzący i mierzący wzrokiem mój motocykl, ileż może być on warty..Takie odnosiłem wrażenie...Biedota, nędza i w większości desperacja bez nadziei.
Brak prądu był tylko w części hotelowej budynku. Mieszkający obok w domu Dominikanczycy, mieli swój własny generator, który zapewniał im prąd...Około 21 stej szczelnie zamykali drzwi swojego domostwa, przylegającego do hotelu...Oprócz ciemności hotelowych obrazek dopełniał przejeżdżający co parę minut idioci na stuningowanych skuterach, tak głośnych jakby przelatywal odrzutowiec ;-).. (I o to pewnie chłopakom chodziło, notabene ;] ) Do tego malutki piesek, który jak to malutki piesek ma w zwyczaju obszczekiwać cały świat dookoła...I tak sobie obszczekiwal, praktycznie przez cały czas, mając ku temu jeszcze inny, swój osobisty i wymierny powód: był uwiązany na około 30 cm smyczy, nie miał więc zbyt dużo ruchu i swobody...Tak to praktykujący chrześcijanie szanują zwierzęta....

Dobrze więc, mam więc miasto, piękna nazwa Restauracion, będące w gruncie rzeczy zadupiem i obrazem nędzy i rozpaczy...Przed swoją podróżą nasluchalem się wiele opowieści Dominikanczykow, przestrzegających mnie, abym tam nie jechał, bo na pewno coś złego mi się stanie...Takie ich opowieści z reguły biorę z dużym dystansem – dla nich prawie każde wyjście z domu i podróż na dalszą odległość jest niebezpieczna...W Monte Cristi rybak, którego podwozilem parę km na motorze, przestrzegał mnie gorąco abym się tu nie szwedal sam, gdyż „na pewno coś złego mi się stanie i mieszka tu muy mała gente”...Oczywiście, nic złego mi się tam nigdy nie stało a i ludzie (w tym rybak) byli sympatyczni...I jak zwykle zresztą są tutaj w 95 %... Tak więc mam w głowie te wszystkie opowieści Domikanczykow o „dzikim zachodzie” swojego kraju. Jestem w Restauracion i tutaj jakby te ich opowieści rzeczywiście zaczynają się wcielać w życie...Widzę syf, nędzę, rozpacz, a i no ciemność widzę, bo przecież nie ma prądu w hotelu do 23stej....

Góry na Dominikanie przy granicy z Haiti - dzikie i biedne. Okolice Restauracion

Aby jednak nieco się rozchmurzyć i może wnieść trochę optymizmu, zagaduję do jednego ze swoich sąsiadów – Haitańczyka...Co tam panie, słychać? Choć patrząc na niego mogę się z góry domyślać odpowiedzi...Tak więc rozmawiamy trochę...37 letni gościu opowiada mi, że jest bez pracy od 8 miesięcy; wcześniej pracował na budowach u szefa Dominikańczyka...Z tego co mówi – 14 lat. Bardzo go sobie chwalił...Jako ludzkiego człowieka, a może i ludzkiego pana ? (Czyżby Murzyn szukał swojego Pana i był mu wdzięczny za „danie” pracy i lepszego życia ? Czyżby Murzyn zawsze był Murzynem, takie nasuwają mi się rasistowskie myśli …) Niestety szef umarł...i jak mówi mi Haitańczyk (nie przedstawiliśmy się sobie), od tamtej pory wszystko się spieprzylo i pech go prześladuje (tak, mamy więc jeszcze  voodoo i magiczne myślenie...)..Ma parę dzieci (pytam go: dlaczego masz tyle dzieci, skoro nie masz pieniędzy na ich utrzymanie i ledwo się sam utrzymujesz? Tak u nas jest, odpowiada...; to samo pewnie odpowiedziałby mi Dominikańczyk), kobietę w Haiti i nie może ich utrzymać..Bije od niego desperacja i jakieś takie wkurwienie na zastałą sytuację...Jednocześnie siła i determinacja, połączona gdzieś w głębi duszy ze zgorzknieniem z doświadczenia życiowego. Cóż mogłem kolesiowi powiedzieć ? Ja, który mam to szczęście jeździć sobie bez celu po tropikalnym kraju w poszukiwaniu przygody, przyjemności, prowadzę „nieco” inne życie od niego... C. z Monte Cristi i paru innych Dominikańczyków przestrzegalo mnie: uważaj jak będziesz tam jechał, tam jest dużo Haitańczykow, oni nie mają nic i mogą być zdesperowani i gotowi na wszystko...Sąsiad z pokoju obok zdaje się to wszystko potwierdzać...Tak więc miałem plan jechać z Restauracion do Pedro Santana i później dalej wzdłuż granicy...Zrezygnowałem...Śmieszne jest to, że „stanął mi na przeszkodzie” 25 km odcinek drogi z Restauracion do Pedro Santana...Wzdłuż, której nie ma nic , a dookoła czają się los tigres, jak mówią dominikanczycy. Czyli dookoła wszędzie bandyci i złodzieje...Problem w tym, że sytuacja spotkanego przeze mnie Haitańczyka zbyt dobrze świadczyła o desperacji pozostałych ludzi w tym obszarze...Nie chciałem więcej przykładów, odpuściłem...Zapragnąłem jakiegoś komfortu i utartych dróg i szlaków...Jadę więc do Barahony przez Santo Domingo..."Trochę" naobkolo, ale co tam ! Przynajmniej nie będzie tyle wybojów na drodze....
Santiago, następny dzień
Dzisiaj po 8 godzinach jazdy i przejechaniu około 200 km, czyli średnio 25km/h, jestem w Santiago...Nie wiem co za debil rysował mapę, która kupił inny debil (ja)..... Odcinek drogi z Moncion do Sań Jose de las Matas oznaczony jest jako droga szybkiego ruchu i asfaltowa...Niestety, na odcinku około 20 km telepie się po jakiejś terenowej zadupiastej drodze, bojąc się o skuter...Te 20km przejedzam więc w około 1,5 h...Mój boże, hotel bez prądu w poprzednią noc za 200 pesos, a teraz to...O dios mio, jak to mawiają...Z Restauracion uciekam więc jak najszybciej...Przed biedą, nędzą i rozpaczą...Przed ewentualną agresją...Ale przede wszystkim przed własnym strachem...Przed swoimi paranoicznymi snami w noc spędzoną w hotelu....Napędzany ewentualną paranoja pomarihuanową, o szalony losie...
Miałem kiedyś takie przemyślenia, że całe zło tego ludzkiego świata bierze się z lęku i niewiedzy...Ja sam przyjąłem te 2 postawy ostatniego dnia...Lęk, który zablokował mi drogę do ewentualnej wiedzy...Czasami może jednak lepiej jest nieryzykować...Z drugiej strony niewiedza Haitańczyków, i zło, które ich doświadcza...Brak edukacji, edukacji i jeszcze raz edukacji...Inna mentalność...Glupis boś biedny, biednys boś głupi...Łatwo tak to podsumować...ciekawe jednak czemu kraj, który był pierwszym państwem wolnych Murzynów, nie ma infrastruktury ani nie ma niczego, jak mówił sam Haitanczyk...Przyczyny ? Mentalność ludzka ? Brak edukacji..? Trzeba by się długo zagłębiać w Historię...a może i w mentalność i kulturę ludzką....CDN.

DOMINIKANA Z DALA OD KURORTÓW ALL INCLUSIVE - PEŁNA WERSJA PRZEWODNIKA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wypełnij proszę * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.